Stetinum.pl
Dodano: 2010-05-29 19:00    
 
Średniowieczna inwentaryzacja i czarownice
Kategoria: Sedinum | kroniki Romana Czejarka
Tajemniczy zamek w Swobnicy pod Szczecinem kryje jeszcze wiele zagadek. Niektóre można rozszyfrować dzięki przestudiowaniu zachowanych dokumentów. Część ginie w mroku historii. Niektóre z opowieści, zwłaszcza te o czarownicach, budzą grozę i dreszcz przerażenia. Dlatego uczciwie odradzam lekturę drugiej części tego tekstu osobom o słabszych nerwach...
Swobnica - zdjęcie z 1959 roku
Swobnica - zdjęcie z 1959 roku


W połowie XVI wieku książe Filip I zarządził zrobienie w Swobnicy (po niemiecku Wildenbruch) rzetelnych spisów inwentarzowych. To, co przetrwało do dziś, pozwala na ciekawą wycieczkę po zamku. Patrząc na nazwy nadane podczas spisu poszczególnym izbom, wydaje się, że najważniejsza i największa na swobnickim zamku była Sala Komendanta. Znajdowała się na parterze, była rzeczywiście duża (19 x 9,6 metra). Na jej wyposażeniu wymieniono między innymi dwa łóżka, skrzynię na rzeczy, wielki stół dębowy, 26 książek oraz 27 halabard. Bezpośrednio do niej przylegała tzw. ciemna komora, będąca niczym innym jak tylko sypialnią komendanta z umieszczonym w środku łożem baldachimowym. Badacze zamku przez lata spierali się o pochodzenie słowa „ciemna”. Z pewnością z jednej strony w komnacie nie było okien, bo przylegała do południowego muru kurtynowego. Co zasłaniało światło z drugiej strony? Według jednych boczna klatka schodowa, według innych postawiony obok niewielki parterowy budynek.
Trochę mniejsza od sali komendanta była zlokalizowana również na parterze izba dworska. Według spisu miała 7 stołów oraz 5 ław i była przeznaczona dla służby oraz dla wygody przyjezdnych posłańców. Aby wejść na piętro, należało skorzystać z klatki schodowej umieszczonej... w sali komendanta! Czy oznacza to, że nie każdy miał prawo wstępu dalej? Bezpośrednio nad izbą dworską położona była górna sala komendanta. Obok kolejno przechodziło się do komór sypialnych poszczególnych braci zakonnych. Dalej, zgodnie z wymaganiami traktatu zawartego przez joannitów z władzami Pomorza, ulokowano apartamenty książęce. Ich rozplanowanie przypominało pomieszczenia komendanta na parterze. Do głównej sali dopasowano dwie komory, z których jedna, zwana „zieloną”, była sypialnią. Ze spisu wiemy, że wyznaczony przez księcia komendant zamku Andreas von Blumenthal spełnił wolę zwierzchnika i wyposażył książęce apartamenty w dwa okazałe nowe łoża baldachimowe, zaś podłogę kazał wyłożyć drewnianą klepką.
Luksusowe, jak na tamte czasy, apartamenty księcia były wyjątkiem. Badacze zgodnie podkreślają, że wyposażenie innych pomieszczeń pozostawało wyjątkowo skromne. Jedno zwykłe łóżko, bez jakichkolwiek skrzyń na ubrania czy choćby zwykłego stołu – taki był standard. W samym zamku, na terenie otoczonym murami kurtynowymi, były w sumie proste łoża dla około trzydziestu osób. Drugie tyle mogło spać na podzamczu. Zapewne mieszkali tam również pachołkowie i słudzy zakonni, dla których nie było pokoi w samej warowni.
Choć warunki życia w Swobnicy były spartańskie, to uzbrojenie przedstawiało się już dużo lepiej. Na zewnętrznych murach ustawiono 4 działa. Było pół beczki prochu i pół beczki siarki, 4 zbroje rycerskie oraz zbroja komtura, 6 pancerzy, 3 topory, 27 halabard, koszulki siatkowe, 4 szpady, 1000 gotowych kul i 10 form do odlewu kul oraz śmigownica. Do tego kilkadziesiąt hakownic (w tym kilka ciężkich). O kolejnych czterech działach pisze się przy okazji wymieniania kaplicy, wyodrębnionej z samego zamku i usytuowanej po stronie północnej.


Nieco ponad sto lat później w Swobnicy rozegrały się wydarzenia, z których relacje do dziś mrożą krew w żyłach. Tropił je m.in. znakomity regionalista Marian Anklewicz. Co znalazł? 23 sierpnia 1689 roku na dziedzińcu zamku spalono na stosie pierwszą czarownicę. Oskarżoną o konszachty z diabłem była Lisa Schwalbe, akuszerka i żona miejscowego cieśli Mateusza Rächa. Proces odbył się przed dowódcą zamku Dawidem von Grumbkowem. By przygotować stos (co w praktyce nie było takie łatwe), sprowadzono kata z Chojny. Nieszczęsna kobieta po „przesłuchaniu” (podobno zastosowano hiszpańskie buty – to tortura polegająca na systematycznym ściskaniu nóg w drewnianych „butach-obejmach” nabijanych naostrzonymi do wewnątrz gwoździami) przyznała się do winy. Mając takie dowody, sąd ławniczy w Stargardzie bez wahania wydał wyrok śmierci.
Krwawe wydarzenia trwały dalej. Wkrótce o zakazane praktyki oskarżono małżeństwo niejakich Kranichów. Ona poddana została próbie spuszczenia z zamkowej wieży na cienkim lnianym powrozie. Gdyby nie pękł, byłby to dowód współpracy z diabłem. Jak łatwo się domyślić, kobieta po prostu spadła z wysoka i nie przeżyła tej próby. On uparcie odmawiał składania obciążających siebie zeznań. W tej sytuacji po następnym wnikliwym „przesłuchaniu” (zastosowano między innymi przypiekanie na żelaznym krześle, pod którym płonie ogień) biedaka spalono na stosie. Było to 6 grudnia 1689 roku.
Rok później o czary oskarżono starą, osiemdziesięcioletnią karczmarzową z Dłuska. Rzekomym dowodem winy Triny Lauenberger było padające w okolicy bydło. Po wysłuchaniu zarzutów mąż kobiety uprzedził działania oprawców i sam się powiesił. Trina po torturach przyznała się, że widywała ducha o imieniu Hansen. Kobietę ścięto, a ciało spalono 11 listopada 1690 roku.
Swobnicki zamek przeżył jeszcze czwarty proces o czary. Co ciekawe był to jedyny proces, który nie zakończył się śmiercią oskarżonych osób! Rzekomą winną miała być Ursula Klatt, żona Jürgena Sasse. Oskarżycielowi Jürgenowi Ladwigowi nie udało się przedstawić wystarczających dowodów winy biednej kobiety i sam wpadł w tarapaty. Skazano go na 14 dni pobytu w zamkowej wieży. Niedoszłą czarownicę 5 marca 1691 roku uwolniono od najcięższych zarzutów, ale skazano na 6 dni więzienia za obrazę sądu (ciekawe co takiego dokładnie zrobiła). Ten wyrok szybko zamieniono na grzywnę 3 talarów.
Więcej na stronie: www.czejarek.pl


Stetinum.pl