Gdyby ktoś w dawnym Stettinie chciał napisać przygodową powieść wzorowaną na sienkiewiczowskim „W pustyni i w puszczy”, spokojnie mógłby wykorzystać losy niewielkiej kanonierki „Eber” zwodowanej w Vulcanie w czerwcu 1903 roku. Zamówiono ją w czasach gdy Niemcy śnili o kolonialnych podbojach. Ale piękny sen o złotodajnych posiadłościach w Afryce szybko się rozwiał.

Kanonierka Eber zdjęcie z 1910 roku
Historia świata końca XIX wieku to okres tzw. „polityki kanonierek”. Wielkie mocarstwa takie jak Anglia czy Francja pod różnymi pretekstami zajmowały biedne regiony Afryki, Azji i Oceanii budując tam swoje bazy i bezlitośnie łupiąc tubylców. Magnesem była bajecznie tania siła robocza oraz łatwe do zdobycia surowce mineralne tak potrzebne na kontynencie. By zaznaczyć swoją siłę europejskie potęgi budowały całe serie charakterystycznych okrętów zwanych kanonierkami. Ponieważ musiały służyć w specyficznych warunkach, okręty te miały dość nietypową konstrukcję. Liczył się zasięg oraz możliwość wielomiesięcznego operowania daleko od dobrze wyposażonych baz. Dużo mniej ważne było opancerzenie i uzbrojenie. Dlaczego? Bo przeciwnikiem kanonierek nie były najeżone lufami pancerniki lub krążowniki lecz wyposażeni w prymitywną broń ciemnoskórzy mieszkańcy Afryki lub skośnoocy Azjaci.
Oczywiście marzący o wielkim imperium Niemcy nie chcieli być gorsi. By pokazać siłę i zdecydowanie również w Berlinie podjęto decyzję o budowie kolonialnej floty, która miała na długie lata popłynąć daleko od Europy. Początki były dość pechowe i Niemcy brutalnie przekonali się z jakimi przeciwnościami losu trzeba się będzie zmierzyć. W 1889 roku w czasie tajfunu na wyspach Samoa nagle zatonęły dwie niemieckie kanonierki, kolejna poszła na dno podczas olbrzymiej wichury w 1896 roku na Morzu Żółtym. Wszystko to sprawiło, że konieczne stało się szybkie zamówienie nowych okrętów.
Kolonialna seria musiała spełniać bardzo specyficzne wymagania. Z jednej strony okręty musiały być na tyle duże by mieć dobre właściwości morskie oraz - jak już doskonale wiedziano - by poradzić sobie na pełnym Oceanie z nietypowymi silnymi wiatrami i kapryśną pogodą. Z drugiej strony władze w Berlinie zażądały od konstruktorów aby kanonierki były na tyle małe by bez przeszkód wpływać na płytkie rozlewiska rzek i na same rzeki! Niemcy marzyli o podboju części Chin, a tam głębokość rzek nie przekraczała 3,6-3,8 metra. Żądano też bardzo dużej niezależności i olbrzymiego zasięgu.
Plan zakładał wybudowanie 6 okrętów. Jednostki pierwotnie zamówiono w Gdańsku w dwóch stoczniach: F.Schichau Danzig oraz w Kaiserliche Werft Danzig. Seria otrzymała miano „Iltis” od nazwy pierwszego z okrętów zwodowanego i ukończonego w 1898 roku. Niestety wyniki prób technicznych kanonierek nie były zbyt satysfakcjonujące zaś koszty budowy okazały się wyższe od planowanych. By sprawdzić, czy inna stocznia poradzi sobie lepiej, zamówienie na ostatnią jednostkę w serii złożono w szczecińskim Vulcanie.
Ojcem chrzestnym zwodowanej nad Odrą kanonierki „Eber” (po niemiecku „Dzik” - wizerunek tego zwierzaka przyczepiono na dziobie) został inspektor broni torpedowej kontradmirał Fritze, wcześniej dowódca starej kanonierki „Adler”, która tragicznie zatonęła w 1889 roku podczas wspomnianego już pechowego tajfunu na Samoa. Okręt z Vulcana był gotowy do służby we wrześniu 1903 roku. W porównaniu z „bliźniaczymi” kanonierkami z Gdańska wypadł całkiem nieźle. Mimo słabszej maszyny parowej był szybszy oraz miał lepiej rozplanowane wnętrza. Miał też większy zasięg i jak na tamte czasy bardzo komfortowe wyposażenie z prysznicami dla załogi, bo konstruktorzy pamiętali o tropikalnym klimacie, oraz bufetem. Okręt liczył sobie prawie 67 metrów długości, miał szerokość 9,7 metra oraz (chińskie rzeki!) precyzyjnie obliczone zanurzenie na 3,54 metra. Na pokładzie były dwa działa kalibru 105 mm oraz sześć szybkostrzelnych działek kalibru 37 mm i kilka karabinów maszynowych. Przy pełnej wyporności 1193 ton „Eber” rozpędzał się do 14,3 węzła. Zasięg bez ładowania dodatkowego węgla wynosił do 3400 mil morskich.
Patrząc z boku cała seria kanonierek wydawała się jednak trochę dziwna. Powodem było pozostawione szczątkowe ożaglowanie na dwóch wysokich masztach. Na przełomie XIX i XX wieku inżynierowie nie do końca dowierzali maszynom parowym. Gdyby okręty miały służyć tylko w Europie nie byłoby kłopotu, bo zawsze można doholować uszkodzoną jednostkę do dobrze wyposażonego portu i stoczni remontowej. Ale tysiące kilometrów od domu... Po namyśle zdecydowano by zostawić choć trochę żagli „na wszelki wypadek”. Jak pokazało życie nie były później do niczego potrzebne lecz charakterystyczne maszty zostały na zawsze. Pierwsze kanonierki w serii (w tym „Iltis”) miały też na dziobie staroświecki taran. W Szczecinie z takiego rozwiązania na szczęście już zrezygnowano.
Mimo niezaprzeczalnych zalet na początku służby „Eber” padł ofiarą braci z Gdańska. Pierwsze pięć kanonierek „Iltis”, „Jaguar”, „Tiger” „Luchs” oraz „Panther” ruszyło w świat. Szósty „Eber” został przez wojsko przyjęty w 1903 roku po czym po cichu oddany do stoczni i zostawiony przy nabrzeżu na 7 lat! Oficjalnie traktowano go jako pływający magazyn części zamiennych dla innych jednostek. Dopiero w 1910 roku okręt ponownie oficjalnie wcielono do służby i wysłano na wody Zachodniej Afryki. Od tego czasu przez następne cztery lata pracowicie przemierzał trasy wokół czarnego lądu.
Pod koniec marca 1912 roku „Eber” przybył do Cape Town (Kapsztad) na samym południu Afryki. Latem pływał już na rzece Kongo. Jesienią z innymi okrętami pilnował niemieckich interesów w Monrowii (dziś stolica Liberii). Potem wrócił na krótki remont do Europy i znów popłynął w świat. Wiosną 1914 roku „Eber” był u wybrzeży Gwinei. Pod koniec lipca, w chwili wybuchu pierwszej wojny światowej, kanonierkę pilnie wezwano do Niemiec. Ale już dwa dni później, 2 sierpnia 1914 roku „Eber” otrzymał inne zadanie. Z kotwicowiska w Lüderitz Bay (dziś Namibia, wtedy Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia) ruszył na Atlantyk i dalej do Południowej Ameryki gdzie miał oddać swoje działa 105 mm na pokład wielkich niemieckich krążowników pomocniczych. Do spotkania doszło w okolicach Trynidadu 23 sierpnia. Tam „Eber” uzbroił przejęty przez wojskowych z Kaiserliche Marine dawny cywilny statek „Cap Trafalgar”. Na pokład nowego krążownika przeszła też najlepiej wyszkolona większa część załogi kanonierki.
„Cap Trafalgar” (który pozbył się „niepotrzebnych” pasażerów jeszcze w Montevideo) nie miał wojennego szczęścia. Niecały miesiąc po spotkaniu z „Eberem” zatonął 14 września 1914 roku zatopiony ogniem dział brytyjskiego krążownika pomocniczego HMS „Carmania”.
Ograbiony z uzbrojenia i prawie opuszczony „Eber” (na pokładzie ze 130 osób dawnej załogi pozostało tylko 15 marynarzy) z trudem popłynął do brazylijskiego portu Bahia. Neutralna Brazylia wydawała się spokojnym i najlepszym miejscem na przeczekanie wojny, która - jak też wtedy sądzono - nie miała długo trwać. Rzeczywistość okazał się zupełnie inna. Po kilku latach, w 1917 roku Brazylia przystąpiła do wojny przeciwko Niemcom. W tej sytuacji, 26 października, zapomniana na końcu świata resztka załogi kanonierki „Eber” otworzyła zawory denne by wpuścić do wnętrza wodę, a następnie podpaliła swój okręt.