Kilka dni temu do moich drzwi zapukał kurier. W ręku miał sporą paczkę nadaną w Atenach. W środku znalazłem plik dokumentów, trochę zdjęć, pachnącą farbą drukarską nową książkę i list z podziękowaniem za pomoc...

Heimara Yannis Adamidis - okładka książki
Wszystko przysłał Yannis Adamidis, który poświęcił sześć lat swojego życia po to by rozwiązać jedną z największych greckich morskich zagadek. Pytanie, co to ma wspólnego ze Szczecinem? Już wyjaśniam...
Tytułowa „Heimara” to nasza dawna szczecińska „Hertha”! Obok bliźniaczo podobnego parowca „Odin” był to jeden z dwóch najpopularniejszych i najbardziej znanych przedwojennych statków pływających po Odrze. „Hertha” to bohater setek zdjęć i pocztówek spod Wałów Chrobrego czyli Hakenterrasse. To symbol szczecińskiej żeglugi i duma armatora, słynnego J.F. Braeunlicha.
Nowoczesny jak na początek XX wieku parowiec zbudowano w Stettiner Oderwerke (numer stoczniowy 547) w 1905 roku. Miał długość ponad 76 metrów i pojemność 1257BRT. Napędzały go dwie maszyny parowe o łącznej mocy 2200 koni mechanicznych. Dzięki dwóm śrubom osiągał przy sprzyjającej pogodzie prędkość do 15 węzłów. Załoga liczyła 47 osób, statek zabierał na pokład około 1400-1500 pasażerów. Oba statki - „Hertha” i „Odin” - często mylono ze sobą. Dla turystów przybywających z głębi lądu były łudząco podobne więc zwykle traktowano je jak bliźniaki, podobnie jak armator, który wymiennie używał jednostek na tych samych trasach.
W chwili wybuchu pierwszej wojny światowej „Hertha” została wcielona do Kaiserliche Marine jako Hilfslazarettschiff E, potem podobnie jak „Odin” była też okrętem minowym. We wrześniu 1919 roku szczęśliwie wróciła do armatora. Dokładnie dwadzieścia lat później, już trochę wysłużony statek trafił do Kriegsmarine jako okręt cel, baza i jednostka szkolna 25 Flotylli Okrętów Podwodnych. Najbardziej dramatyczny rozdział historii dopisany został niespodziewanie już po wojnie. Bo choć jak się wydawało „Hertha” przetrwała najgorsze chwile, w rzeczywistości było zupełnie inaczej.
We wrześniu 1945 roku przy podziale niemieckiej marynarki wojennej zdecydowano o przekazaniu jednostki w ramach odszkodowań w ręce Grecji. Tu wysłużony i mocno już nadgryziony zębem czasu statek otrzymał nową nazwę „Heimara”. Pływał krótko. Zimą 19 stycznia 1947 roku w czasie rejsu z Salonik do Pireusu na wodach zatoki maratońskiej (koło Rafiny) doszło do dramatycznej katastrofy. Jak powszechnie uważano, kilka minut po czwartej rano, parowiec wszedł na zerwaną z uwięzi starą minę. W chwili wypadku na pokładzie był 524 pasażerów (w tym 150 żołnierzy i 45 więźniów politycznych) oraz 80 osób załogi. Stary statek zatonął bardzo szybko i mimo niewielkiej odległości od brzegu zginęło aż 378 osób! Tym samym dawna szczecińska „Hertha” wpisała się na listę największych greckich katastrof morskich.
Wrak został potem zlokalizowany i przez wiele lat był celem wypraw szukających wrażeń nurków z całego świata. Do początku XXI wieku zarejestrowano ponad 2000 oficjalnych ekspedycji! Część wydobytych przedmiotów zaprezentowano nawet na specjalnej ekspozycji przygotowanej przez Muzeum w Atenach.
Yannis Adamidis przez wiele lat analizował zachowane dokumenty co dokładnie opisał w wydanej właśnie książce. Wnioski są dość zaskakujące choć trudno znaleźć jednoznaczne dowody na ich poparcie. Z drugiej strony trzeba uczciwie napisać, że dokładnie tak samo, nie ma dowodów przemawiających w stu procentach za wersją wydarzeń uznawaną do tej pory za autentyczną. Co więc twierdzi Adamidis?
Po pierwsze nie było żadnej zerwanej z uwięzi miny! Katastrofa „Heimary” wynikała z rażącego błędu nawigacyjnego załogi. Konsekwencją złego kursu jednostki było wejście na podwodne skały, co stało się około godziny 4.10 nad ranem. W wyniku uderzenia nastąpiło poważne uszkodzenie dna. Wszystko wydarzyło się zaledwie kilka minut po zmianie obsady mostka, która miała miejsce o godzinie 4.00. Dokładnie o tej samej porze statek powinien był lekko odbić w prawo zmieniając kurs o 15 stopni. Tego jednak nikt nie zrobił. Dlaczego? Na takie pytanie Adamidis nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Po uderzeniu o skały idący jeszcze siłą rozpędu statek zdryfował na bok, a później, ze względu na zablokowany ster zatoczył duże koło. Pozycja na której leży dziś wrak nie jest więc miejscem katastrofy bo właściwa tragedia wydarzyła się około 1,2 mili obok. Akcja ratunkowa, mimo poświęcenia wielu ludzi, prowadzona była nieudolnie, wyraźnie brakowało też środków ratunkowych.
Jak się okazało „Heimara” nie tonęła zbyt szybko (ostatecznie statek poszedł na dno po ponad 90 minutach od zderzenia, o 5.41), był więc - przynajmniej teoretycznie - czas na ratunek. Problem w tym, że na pokładzie statku byli m.in. więźniowie polityczni, bardzo niewygodni dla ówczesnego rządu Grecji. Powszechnie bano się oskarżeń o celowe opóźnianie działań ratunkowych, groził międzynarodowy skandal, nikt też nie chciał przyznać się do błędu. W tej sytuacji pomysł ze „zrzuceniem” winy na starą minę był dla wielu bardzo wygodny. Tym bardziej, że właśnie w tamtym czasie Grecja domagała się międzynarodowej pomocy w rozminowaniu własnych wód. Warto pamiętać, że w czasie drugiej wojny światowej był to teren walk Niemców i Brytyjczyków. Ani jedni, ani drudzy, nie przejmowali się specjalnie losem Grecji dbając najpierw przede wszystkim o własne interesy.
Rozpowszechniana oficjalnie wersja zderzenia ze starą miną trafiła do publikacji na całym świecie. A potem, trochę podobnie jak bursztynowa komnata (spalona w rzeczywistości przez Rosjan w czasie „wyzwalania” Królewca), zaczęła żyć własnym życiem i nikomu nie zależało na sprostowaniu. Ponieważ o katastrofie „Heimary” pisałem też w moich książkach (też donosząc o pechowej starej minie), w 2005 roku Yannis Adamidis poprosił mnie o pomoc w zbieraniu materiałów. Potem na bieżąco relacjonował wyniki swoich poszukiwań donosząc o sensacyjnych przypuszczeniach. Czy ma rację? Patrząc na zebrany materiał wygląda to bardzo prawdopodobnie. Adamidis dobrze wszystko opisał i pokazał. Problem w tym, że zrobił to wyłącznie po grecku, a jego książka została wydana w Atenach w niewielkim nakładzie. Stąd szansa, że dowiedzą się o niej miłośnicy flot na całym świecie nie jest specjalnie duża. Ja wersję Adamidisa traktuję bardzo poważnie o czym Państwu niezwłocznie postanowiłem donieść.