Stetinum.pl
Dodano: 2010-02-20 19:00    
 
Amerykanin ze Szczecina
Kategoria: Sedinum | kroniki Romana Czejarka
Trochę dziwne, że największy statek jaki kiedykolwiek zwodowano w szczecińskim Vulcanie, jest dziś najmniej znany. Być może, na jego losie zaważyła dramatyczna historia z lat drugiej wojny światowej. Jednostkę nazwano wtedy „statkiem skazańców”. A potem, by zatuszować niewygodne fakty, na wiele lat utajniono wszystkie dokumenty. Aż do teraz...
George Washington pocztówka z ok. 1912 roku
George Washington pocztówka z ok. 1912 roku


Mimo obiegowych opinii, słynne pięć czterokominowych transatlantyków – „Kaiser Wilhelm der Grosse”, „Deutschland”, „Kronprinz Wilhelm”, „Kaiser Wilhelm II” oraz „Kronprinzessin Cecilie” - nie było ostatecznie największymi statkami, jakie zbudowano w szczecińskim Vulcanie. Rekordowy pod względem rozmiarów statek zwodowano kilka lat później, dokładnie 10 listopada 1908 roku. Jednostka była tak duża (miała ponad 220 metrów długości), że istniało poważne niebezpieczeństwo, iż po zsunięciu z pochylni zwyczajnie nie zmieści się na Odrze i uderzy rufą o drugi brzeg. Do tej pory konstruktorom wystarczało dość szczęśliwe położenie pochylni, która nie była prostopadła do rzeki, lecz znajdowała się pod lekkim kątem w stosunku do osi rzeki. Niestety, to co zadowalało wszystkich do tej pory, nie było wystarczająco bezpieczne przy takim kolosie.
By zapobiec groźnym problemom, tuż przed wodowaniem pogłębiono rzekę obok stoczni, a po przeciwnej stronie wykonano specjalny wykop, aby zyskać jeszcze trochę dodatkowego wolnego miejsca. Niemieccy inżynierowie opracowali też skomplikowany system lin hamujących kadłub. W ostatniej chwili postanowiono również użyć portowych holowników. Ich liny dodatkowo zabezpieczały zsuwający się do wody olbrzymi kadłub.
Jednostkę, o dość zaskakującej jak na niemieckie warunki nazwie „George Washington”, zbudowano na zamówienie niemieckiego armatora Norddeutscher Lloyd’s (w skrócie NDL, numer stoczniowy budowy 286). Pojemność obliczono na rekordowe 25570 BRT. Maszyny parowe o mocy 22000 koni mechanicznych mogły rozpędzić kolosa do 18,5 węzła. W chwili wodowania był to rzeczywiście największy statek pasażerski świata. Nazwa „George Washington” była wymyślona celowo i miała pomóc niemieckiemu armatorowi w skutecznym zdobywaniu amerykańskich i angielskich pasażerów na atlantyckich trasach. W pierwszą podróż „George Washington” wyruszył w czerwcu 1909 roku, płynąc na trasie z Bremerhaven do Nowego Jorku.
Statek zabierał 364 pasażerów w kabinach I klasy, 379 pasażerów w kabinach II klasy, 452 pasażerów w kabinach III klasy oraz 1449 osób na tzw. międzypokładach. Załoga liczyła 586 oficerów, marynarzy i pracowników obsługi hotelowej. Sygnał wywoławczy „George Washington” brzmiał QJRH. Do 1914 roku liniowiec pracowicie pływał z Europy do Ameryki zbierając dobre opinie i wożąc prawie zawsze komplet pasażerów.
Na samym początku pierwszej wojny światowej, 3 sierpnia 1914 roku, statek został internowany w Nowym Jorku. Po przystąpieniu do konfliktu Stanów Zjednoczonych, Amerykanie zajęli jednostkę i podobnie jak inne dawne niemieckie transatlantyki, przerobili na szybki transportowiec wojska. Wyjątkowo w tym przypadku, w odróżnieniu od innych przejmowanych niemieckich statków, nowi właściciele pozostali przy starej nazwie, bo brzmiała „po amerykańsku”. Wielki parowiec musiał też robić dobre wrażenie i 4 grudnia 1918 roku na pokładzie „George Washington”, w eskorcie okrętu liniowego „Pennsylvania”, wyruszył do Europy prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson. Podróż przypadła prezydentowi do gustu, bo gdy ponownie w lutym 1919 roku musiał wybrać się na rozmowy pokojowe na stary kontynent, znów wybrał były niemiecki transatlantyk. Rejsy w luksusowych kabinach „George Washington” odbywali też m.in. król i królowa Belgii oraz przyszły prezydent USA – Franklin D. Roosevelt.


Po wojnie „George Washington” pływał dalej, wożąc tłumy pasażerów, ale już pod amerykańską banderą. Niestety przez długie lata nie robiono żadnych poważnych remontów. Podniszczony i wyeksploatowany statek odstawiono do rezerwy w 1931 roku. Tak mocno zardzewiały dotrwał do wybuchu drugiej wojny światowej. W styczniu 1941 roku pomyślano o ponownym uruchomieniu zakonserwowanej jednostki. Przez chwilę „George Washington”, już pod nową nazwą „Catlina”, znów miał pływać pod amerykańską flagą. Ale potem, w ramach umowy Lend-Lease’u, we wrześniu 1941, został przekazany Brytyjczykom. Anglicy przywrócili mu dawną nazwę „George Washington” i po namyśle... zwrócili statek Amerykanom w kwietniu następnego roku. Jednostka była już zbyt wysłużona i zdecydowanie za wolna, by bezpiecznie pływać bez obawy o storpedowanie przez okręt podwodny. Zanim to nastąpiło, Brytyjczycy rozważali jeszcze jedno dość szokujące rozwiązanie.
Ktoś wpadł na pomysł, by na najwolniejszych statkach transportowych, gdzie ryzyko storpedowanie jest bardzo duże, zatrudniać byłych lub aktualnych kryminalistów z zakładów karnych. Kilka lat pracy w charakterze „marynarza-kamikadze” byłoby rekompensatą za wyrok więzienia i gwarantowało później szybsze wyjście na wolność. „George Washington” był pierwszą jednostką, na której w praktyce wypróbowano ten pomysł, okrętując przymusowo ex-więźniów z zakładu Barlinnie w Glasgow. Pomysł nie wypalił, bo mimo szybkiego remontu „George Washington” zepsuł się już pierwszego dnia rejsu i wrócił do Ameryki na kolejny remont. Stare kotły parowe pękały jeden po drugim, nie wytrzymując ciśnienia. Do tego statek spalał prawie... 350 ton węgla na dobę i ledwo wyciągał 12-14 węzłów! Z ekonomicznego punktu widzenia eksploatacja nie miała żadnego sensu. Po kilku miesiącach bezskutecznych prób ruszenia maszyn i następujących po tym nieprzewidzianych remontów (bo stale coś pękało), Brytyjczycy zrezygnowali i oddali pechową jednostkę. Operacja „statek skazańców” była trzymana w wielkiej tajemnicy jeszcze wiele lat po wojnie, dopiero w 2004 roku opublikowano dokumenty w tej sprawie.
Najciekawsze, że nie zrezygnowali... Amerykanie. Nie bacząc na wydatki, usunięto całkowicie stare kotły zastępując je nowoczesnymi i opalanymi już paliwem płynnym. Dzięki temu „George Washington” jeszcze raz wrócił do służby jako transportowiec wojska. W roku 1947 zacumowano go w Baltimore, gdzie 16 stycznia 1951 nieszczęśliwie padł ofiarą pożaru. Po niecałym miesiącu wypalony wrak sprzedano na złom firmie z Bostonu.
Szczegóły na temat frapującej historii parowca „George Washington” i podobnych jednostek ze szczecińskiego Vulcana w najnowszym, piątym numerze rocznika „Sedina”.


Stetinum.pl